piątek, 2 maja 2014

Scott Spencer "Miłość bez końca"

"Szaleńcza miłość Davida i Jade, pożądanie, budząca się seksualność i wzajemna fascynacja, wybucha z siłą, której sami nie potrafią zrozumieć. Kiedy ojciec Jade, przerażony intensywnością uczuć Davida zabrania młodym kontaktów, chłopak wymyśla sposób, jak wrócić do łask jej rodziców: wywoła pożar, z którego wszystkich uratuje. Jednak sytuacja szybko wymyka się spod kontroli i przeradza w koszmar. Davida czeka nieunikniona kara za to, co było dla niego najważniejsze - miłość bez końca do Jade."
 Tak fabułę przedstawia autor.

Nic nie zapowiada, że lektura nie jest lekka, a wręcz ciężka. Nigdzie nie ma nawet wzmianki o tym, że jest to bardziej powieść psychologiczna. Tak przynajmniej bym ją określiła. Zamiast burzliwej historii miłosnej mamy przedstawioną wręcz obsesję głównego bohatera. Chłopak po odbyciu kary za spowodowanie pożaru nie zaczyna żyć na nowo. Mimo, że nie jest to łatwe, za wszelką cenę stara się ponownie zdobyć kontakt z rodziną Butterfield. Nie zważa nawet na zakaz zbliżania się do nich.Udaje mu się odnaleźć prawie wszystkich członków rodziny. Z wyjątkiem Jade.

Cóż robi David? Ma świadomość, że zniszczył ich życie, że prawie ich zabił, że w efekcie doprowadził do całkowitego rozpadu rodziny. Mimo to decyduje się z nimi skontaktować, próbuje znów się z nimi zaprzyjaźnić. Jak się później okazuje, nic dobrego z tego nie wynika. Staje się przyczyną kolejnej tragedii, narusza warunki swojego zwolnienia warunkowego i w konsekwencji ponownie trafia do szpitala psychiatrycznego.

Po opisie książki można było się spodziewać historii miłosnej, historii rodzącego się uczucia. Co powstało? Historia chłopaka, którego miłość doprowadziła do szaleństwa i to właśnie o tym szaleństwie jest opowieść. Wszystkie wydarzenia sprzed pożaru zostały opisane w sposób chaotyczny, nieuporządkowany. Dodatkowo umieszczonych zostało wiele niezbyt ważnych dla całej historii rozważań.

Czytając niektóre fragmenty po prostu omijałam zdania, czytając "po łebkach".  Bohater nie mówił prosto, zwięźle i na temat, ale wstawiał wiele dygresji, które dla czytelnika bywają wręcz nużące.David nie wzbudził mojej sympatii, wręcz przeciwnie, już od pierwszych stron zaczął mnie irytować. Wręcz pławił się w swoim nieszczęściu, pielęgnował swoje cierpienie, swój ból, tęsknotę. Ewidentnie nie chciał żeby mu pomóc.

Pierwsza myśl po przeczytaniu książki? "Jak dobrze, że już koniec". Być może nie dojrzałam jeszcze do tego typu powieści, ale z pewnością do niej nie powrócę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz